List nauczycielki klas 1–3 · 3 minuty czytania
Co czwarty polski piętnastolatek jest w matematyce poniżej poziomu podstawowego. Poznaję ich w drugiej klasie: mają dobre wyniki, bo liczą na palcach pod ławką. Mama Olka zobaczyła to w 15 minut.
W czerwcu, na koniec pierwszej klasy, wpisałam Olkowi na świadectwo: „Sprawnie dodaje i odejmuje w zakresie 20”.
To była prawda. W zeszycie miał same dobre wyniki.
W październiku, na pierwszym zebraniu w drugiej klasie, jego mama zapytała mnie o jedną rzecz: „W domu liczy na palcach. Nawet 7 + 8. I długo mu to schodzi. Czy to normalne?”.
Odpowiedziałam to, co mówi się na zebraniach w całej Polsce: „Wszystko w porządku. Wyniki ma dobre. Z palców się wyrasta”.
Mama Olka odetchnęła. Ja też.
W marcu Olek wyszedł do tablicy i pokazał całej klasie, jak policzyć 47 + 8 bez palców. „Najpierw do pięćdziesięciu. Potem jeszcze pięć”.
Po drodze zrozumiałam, że pomyliłam się dwa razy: na świadectwie i na zebraniu. Ja zobaczyłam to dopiero pod ławką. Jego mama potrzebowała piętnastu minut przy kuchennym stole.
Co zobaczyłam pod ławką
Po zebraniu to pytanie nie dawało mi spokoju. We wtorek dałam klasie działania do policzenia i przez całą lekcję patrzyłam tylko na Olka.
9 + 4: trzynaście. Dobrze. 7 + 6: trzynaście. Dobrze. 8 + 7: piętnaście. Dobrze. Wszystko dobrze, jak zawsze.
Tylko że lewa ręka Olka cały czas była pod ławką. I cały czas się ruszała. Palce, jeden po drugim. Usta też: „osiem… dziewięć, dziesięć, jedenaście…”.
Olek nie dodawał. Olek liczył po jednym. Do dwudziestu jedno i drugie daje ten sam wynik. Dlatego przez rok nikt nie widział różnicy: ani ja, ani świadectwo, ani on sam.
Różnica jest w jednej rzeczy: w dziesiątce. Dziecko, które dodaje, widzi, że 8 + 7 to 8 + 2, czyli dziesięć, i jeszcze 5. Dziecko, które liczy po jednym, dziesiątki nie widzi. Dla Olka dziesięć to był po prostu ostatni palec.
W pierwszej klasie to nie przeszkadza. Liczby są małe, palców starcza. W drugiej przychodzi 36 + 25. Palców jest dziesięć. Do policzenia jest dwadzieścia pięć.
Gdzie to się kończy
10 września ogłoszono wyniki PISA 2025. W wiadomościach: polscy piętnastolatkowie w czołówce Unii. W matematyce lepsza od nas jest tylko Estonia.
Ten sam raport ma zdanie, którego w wiadomościach nie było. 26 na 100 polskich piętnastolatków jest w matematyce poniżej poziomu podstawowego. Co czwarty. Instytut Badań Edukacyjnych pisze, że takie umiejętności są „niewystarczające do sprawnego funkcjonowania w społeczeństwie”. I dziś takich uczniów jest więcej niż w 2018 roku.
Po tamtym wtorku popatrzyłam tak samo na całą klasę. Mam dwadzieścioro czworo dzieci. Po jednym liczyło sześcioro. Co czwarte.
Nie twierdzę, że to te same dzieci, które za siedem lat będą w tych 26 na 100. Twierdzę tyle: w pierwszej klasie dziecko, które liczy po jednym, ma takie same wyniki jak dziecko, które dodaje. Różnica wychodzi później. W drugiej klasie przy 36 + 25. W trzeciej przy 348 + 127. W czwartej przychodzą oceny od 1 do 6 i nauczyciele od przedmiotów, i nikt już nie zagląda pod ławkę.
Dlaczego nie naprawiłam tego w szkole
Bo w szkole widzę wynik. Sprawdzam dwadzieścia cztery zeszyty i patrzę, czy jest 13, czy nie ma. Drogę do wyniku widać tylko z bliska, przy jednym dziecku. Na to mam na lekcji minutę, może dwie. Potem klasa idzie dalej, do stu.
A żeby dziecko przestało liczyć po jednym, musi codziennie, przez kilka tygodni, przechodzić przez dziesiątkę inną drogą. Po kawałku. Z kimś, kto patrzy na ręce, nie na wynik. W domu od 2024 roku nie ma prac domowych, więc nikt tego nie robi.
Więc zadzwoniłam do mamy Olka. Tym razem nie z „wszystko w porządku”. Z kartką.
Co zobaczyła mama Olka
Na kartce było sześć zadań. Takich, jakie Olek powinien umieć na początku drugiej klasy. Powiedziałam mamie: posadź go przy stole, daj ołówek i nie podpowiadaj. Piętnaście minut. I nie patrz na wynik. Patrz na ręce.
Wieczorem dostałam wiadomość: „Pierwsze zadanie trzy na trzy. 7 + 8, 16 – 9, 6 + 7, wszystko dobrze. Wszystko na palcach pod stołem. A przy 36 + 25 napisał 51”.
Pięćdziesiąt jeden. Zabrakło dokładnie jednej dziesiątki. Tej, której Olek nigdy nie widział.
Co robiła mama Olka
Dostała ode mnie kartki na kolejne tygodnie i trzy zasady.
Nie pytaj, ile wyszło. Pytaj, jak liczył. Po każdym działaniu jedno pytanie: „jak to policzyłeś?”. Wynik sprawdzisz później.
Nie zabieraj mu palców. Daj mu dziesiątkę. Najpierw tylko to: ile brakuje do dziesięciu. 7 i ile to 10? 8 i ile? Dopiero kiedy to idzie szybko, przejście przez dziesiątkę: 8 + 5 to 8 + 2 i jeszcze 3.
Jedna strona dziennie, do końca. Nie więcej, nawet jeśli prosi. Kilkanaście minut przy kuchennym stole.
Po pierwszym tygodniu mama napisała: „Chowa ręce, jak na niego patrzę. Jakby robił coś złego”. Odpisałam, żeby mu powiedziała, że palce są w porządku. Tylko że od dziś jest coś szybszego.
Czternastego dnia: „Przy kolacji zapytałam o 7 + 8. Powiedział: siedem i trzy to dziesięć, i jeszcze pięć. Bez palców. Sam”.
W listopadzie zauważyłam, że lewa ręka Olka leży na ławce. Na wierzchu.
W styczniu Olek zrobił tę samą kartkę co w październiku, drugi raz. Mama położyła obie obok siebie i wysłała mi zdjęcie. W październiku: 51, przekreślone. W styczniu: 61, bez jednego palca. Obie kartki wiszą dziś na lodówce, jedna obok drugiej.
A w marcu było 47 + 8 przy tablicy.
Czy u Ciebie jest tak samo?
Na zebraniach w całej Polsce rodzice słyszą to, co mama Olka usłyszała ode mnie: „wyniki ma dobre”, „z palców się wyrasta”, „każde dziecko ma swoje tempo”.
Zanim w to uwierzysz, sprawdź sama. Dziś przy kolacji zadaj jedno pytanie: „Ile to jest 7 + 8?”. Nie patrz na wynik. Patrz na ręce i słuchaj.
- Ręka znika pod stołem albo palce ruszają się po kolei.
- Słyszysz szept: „osiem, dziewięć, dziesięć, jedenaście…”
- 5 + 3 mówi od razu, a przy 7 + 8 trwa to trzy razy dłużej.
Jedno „tak” i wiesz, że dobry wynik w zeszycie niczego nie dowodzi. Twoje dziecko liczy po jednym. Do dwudziestu nikt tego nie zobaczy. Przy 36 + 25 zobaczą wszyscy. Olek przeszedł przez dziesiątkę w czternaście dni, zanim klasa doszła do stu.
W styczniu dostaniesz ocenę opisową za pierwsze półrocze. Pani pisze ją z tego, co widzi do tego czasu. Zostało dziewięć tygodni szkoły. Dwa wystarczą.
Kartki, które dałam mamie Olka
Dziś ta pierwsza kartka otwiera każdy zestaw i nazywa się „Sprawdzam, co już umiem”. Mamy jeden zestaw na każdą klasę: pierwszą, drugą i trzecią. Kilka zadań, około piętnastu minut. Dziecko robi je samo, Ty nie podpowiadasz. Gdy dwa zadania pod rząd okażą się za trudne, kończycie, a plan pokazuje, od którego zeszytu zacząć.
Potem jedna strona dziennie. Jeden zeszyt to jedna umiejętność. U Olka mama zwolniła przy dwóch: „Dopełniam do dziesiątki” i „Dodawanie przez próg”. Ostatnia strona każdego zeszytu jest dla Ciebie. Na koniec ta sama kartka co na początku, obok pierwszej: widać, czego dziecko się nauczyło. I patrz na ręce, nie na wynik.
Co piszą rodzice
„Syn poszedł do szkoły słabo przygotowany z czytania i pierwsze miesiące były dla niego ciężkie. Zaczęliśmy pracować z tym zestawem w październiku. Do grudnia zaczął czytać krótkie zdania bez literowania. Nie wiem, ile w tym zasługa szkoły, a ile tych materiałów, ale efekt jest i to się liczy.”
Renata Zielińska · syn, klasa 1 · ✓ zweryfikowany zakup„Pracuję jako pedagog szkolny i wzięłam to dla kilkorga podopiecznych. Materiał jest solidny i logicznie ułożony, to nie są przypadkowe ćwiczenia z marketu. Widać, że zadania mają cel.”
Iwona Grabowska · pedagog szkolny · ✓ zweryfikowany zakupGwarancja satysfakcji. Pracujcie co najmniej dwa tygodnie. Jeśli dziecko dalej liczy 7 + 8 po jednym na palcach, między 14. a 45. dniem od zakupu wyślij przez formularz krótkie uzasadnienie. Oddamy pieniądze tą samą metodą płatności.
PS. Mama Olka przyznała mi w czerwcu, że najtrudniejsza była pierwsza zasada. Nie dla Olka, dla niej. Przez rok cieszyła się z każdego dobrego wyniku, a nagle miała na niego nie patrzeć. Sprawdzenie zajmuje minutę: jedno pytanie przy kolacji, 7 + 8. Patrz na ręce.






